Marek Szendzielorz
Lata pracy: 03.10.1990 – DO TERAZ
Tam, gdzie pracowali dziadek i ojciec
Do Rafinerii Czechowice trafiłem jesienią 1990 roku, kontynuując rodzinną tradycję związaną z tym zakładem. Najpierw jako strażak zakładowej straży pożarnej, a wkrótce potem jako pracownik służb bezpieczeństwa i higieny pracy.
Z rafinerią związane były losy kilku pokoleń mojej rodziny. Dziadek pracował tu po wojnie jako murarz na wydziale budowlanym, ojciec był mistrzem na Wydziale Remontowym, a ja stałem się przedstawicielem trzeciego pokolenia, które swoje życie zawodowe związało z tym zakładem. W Czechowicach-Dziedzicach było to czymś naturalnym, całe rodziny pracowały ramię w ramię, a więzi zawodowe często stawały się przyjaźniami na całe życie.
Pierwsze miesiące spędziłem w zakładowej straży pożarnej. Był to czas, gdy rafineria funkcjonowała jeszcze jako duży zakład przerabiający ropę naftową. Pracowało tu blisko 1,5 tys. ludzi, a wraz z uczniami szkoły przyzakładowej liczba ta sięgała niemal 1,7 tys. Każdego dnia, na koniec zmiany, przez bramy zakładu przechodziły tłumy pracowników. Dziś ten obraz pozostał już tylko we wspomnieniach, ale wtedy był symbolem siły i znaczenia rafinerii.
Codzienność pełna odpowiedzialności
Po niespełna roku rozpocząłem pracę w służbie BHP i z tym działem związałem swoją dalszą drogę zawodową. Były to czasy, gdy bezpieczeństwo w przemyśle wyglądało zupełnie inaczej niż obecnie. Każdego roku odnotowywano od 30 do 40 wypadków, a służby BHP nieustannie analizowały ich przyczyny i wyciągały wnioski. Praca w rafinerii wymagała odpowiedzialności i świadomości zagrożeń, bo codzienność wiązała się z procesami technologicznymi, w których nie było miejsca na pomyłki.
Szczególnie mocno zapadły mi w pamięć wydarzenia związane z poważnymi awariami i pożarami. Jednym z najtrudniejszych doświadczeń był wybuch na instalacji ABT w 1992 roku, w którym ciężko poparzony został pracownik zakładu. Takie sytuacje przypominały wszystkim, że bezpieczeństwo nie jest jedynie zbiorem przepisów, lecz troską o ludzkie życie i zdrowie.
Gdy ucichły instalacje
Przez lata mogłem obserwować, jak bardzo zmieniała się rafineria. Przełomowym momentem było zakończenie przerobu ropy naftowej. Chociaż wiedzieliśmy, że ten dzień kiedyś nadejdzie, trudno było pogodzić się z widokiem zatrzymanych instalacji i ciszy, która nagle zapanowała w miejscu dotąd pełnym ruchu i dźwięków pracujących urządzeń. Późniejsze wyburzanie kolumn technologicznych było dla wielu z nas symbolicznym końcem pewnej epoki.
Jednocześnie rozpoczął się nowy rozdział. Rozwój działalności dystrybucyjnej i wejście do Grupy LOTOS przyniosły ogromne zmiany organizacyjne i technologiczne. Szczególny nacisk położono na bezpieczeństwo pracy. To, co kiedyś było codziennością, dziś wydaje się niewyobrażalne. Pamiętam załadunek autocystern, kiedy pracownik ręcznie otwierał właz i obserwował poziom paliwa, stojąc pośród unoszących się oparów benzyny. Dziś cały proces odbywa się w sposób szczelny i zautomatyzowany, a standardy bezpieczeństwa należą do najwyższych.
Postęp dokonał się także w codziennej organizacji pracy. Gdy rozpoczynałem swoją zawodową drogę, w zakładzie były pojedyncze komputery. Dzisiaj trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie bez nowoczesnych systemów i cyfrowych narzędzi.
Wspólnota silniejsza niż zmiany
Największą wartością pozostają jednak ludzie. To oni tworzyli charakter tego zakładu i sprawiali, że rafineria była czymś więcej niż przedsiębiorstwem. Była wspólnotą wielu pokoleń, częścią historii miasta i ważnym fragmentem życia tych, którzy każdego dnia przekraczali jej bramy.
W mojej pamięci szczególne miejsce zajmują ludzie, których spotkałem na tej drodze. Z wdzięcznością wspominam panią Wiesławę Profus, która uczyła mnie pracy w służbach BHP i przekazała najważniejsze zawodowe wartości. Moim mentorem był Stanisław Galac, od którego nauczyłem się patrzeć na bezpieczeństwo z perspektywy prewencji i odpowiedzialności. Bliski pozostaje mi także obraz mojego ojca, z którym mogłem dzielić doświadczenie pracy dla tego samego zakładu. Spośród osób kierujących rafinerią z największym uznaniem wspominam prezesa Marka Lesisza – człowieka konkretnego, sprawiedliwego i szanującego ludzi.
Dla mieszkańców Czechowic-Dziedzic rafineria była czymś więcej niż miejscem zatrudnienia. Dawała stabilność tysiącom rodzin, wspierała rozwój miasta i angażowała się w lokalne inicjatywy. Z biegiem lat zmieniały się technologie i standardy ochrony środowiska, a kolejne inwestycje sprawiały, że zakład stawał się coraz bardziej nowoczesny i przyjazny.
Z perspektywy czasu myślę o rafinerii przede wszystkim jako o miejscu, które pozwoliło mi zbudować spokojne i godne życie. Dała mi zawód, poczucie bezpieczeństwa i możliwość rozwoju. Była miejscem wymagającym, czasem trudnym, ale uczącym odpowiedzialności i wzajemnego zaufania. Mam poczucie, że mogłem być częścią tej historii i z dumą zachowuję ją w pamięci.