Marian Dytko
Lata pracy: 15.07.1978 – 31.12.2012
Historia napisana przez przypadek
Moja droga do Czechowic-Dziedzic nie była oczywista. Po ukończeniu Politechniki Krakowskiej, gdzie razem z żoną studiowaliśmy na Wydziale Chemicznym, na specjalizacji przeróbki ropy i gazu, rozpoczęliśmy pracę w Rafinerii Jedlicze. Był rok 1976. Trafiliśmy tam prosto po studiach i wydawało się, że właśnie tam zwiążemy swoją przyszłość.
Los zdecydował jednak inaczej. Po śmierci teścia zapadła decyzja o przeprowadzce do Bielska-Białej, by być bliżej rodziny żony. Miałem już uzgodnione warunki zatrudnienia w bielskiej elektrociepłowni. Przyjechałem podpisać dokumenty, ale ponieważ nie było osoby, z którą miałem się spotkać, postanowiłem zajrzeć jeszcze do rafinerii w Czechowicach-Dziedzicach. Nie przypuszczałem wtedy, że ta spontaniczna decyzja zaważy na całym moim życiu zawodowym. W dziale kadr spotkałem kierownika Zbyszka Bajorka. Rozmowa potoczyła się błyskawicznie. Zaprowadził mnie najpierw do dyrektora produkcji, a chwilę później do dyrektora naczelnego Alojzego Wasyla. Właściwie już mnie stamtąd nie wypuszczono.
Do rafinerii trafiłem w 1978 roku, siedem lat po tragicznym pożarze. Zakład odbudowywał swoją pozycję, rozwijał się i wciąż należał do najważniejszych rafinerii w kraju. Swoje pierwsze lata spędziłem na Wydziale I, odpowiedzialnym za przerób ropy, przyjmowanie surowca oraz produkcję asfaltów.
W samym sercu rafinerii
Pierwszy wydział był sercem całego zakładu. Wszystko zaczynało się właśnie tutaj. Do Czechowic-Dziedzic trafiała ropa, która w procesie destylacji była rozdzielana na poszczególne frakcje. Z nich powstawały później benzyny, oleje napędowe, oleje silnikowe, hydrauliczne, przekładniowe, asfalty, parafiny i wiele innych produktów. Praca na wydziale wymagała ogromnej odpowiedzialności. Instalacje pracowały nieprzerwanie przez całą dobę. Każdego dnia analizowaliśmy parametry pracy urządzeń, wydajność instalacji oraz uzyski produktów. Był to świat nieustannego nadzoru, technologii i współpracy wielu ludzi.
Po kilku latach powierzono mi kierowanie Wydziałem IV, gdzie powstawały już gotowe produkty handlowe. To tam przygotowywano benzyny, oleje napędowe oraz szeroką gamę olejów silnikowych, hydraulicznych i przekładniowych. Gotowe wyroby trafiały do cystern kolejowych, beczek oraz na linię konfekcjonowania, gdzie rozlewano je do opakowań przeznaczonych dla odbiorców.
Rafineria stale się modernizowała, dostosowując produkcję do nowych wymagań rynku. Jednocześnie zmieniały się same surowce. Z czasem coraz większą uwagę zwracano na jakość paliw i ograniczanie zawartości siarki. Wymuszało to poszukiwanie nowych gatunków ropy i nowych rozwiązań technologicznych.
Praca na produkcji uczyła pokory. Zakład funkcjonował przez całą dobę, siedem dni w tygodniu. Wystarczył chwilowy zanik energii elektrycznej albo awaria pary technologicznej, aby uruchomić całą lawinę działań. W takich momentach liczyło się doświadczenie ludzi. Mechanicy, energetycy, elektrycy, automatycy i operatorzy potrafili działać jak jeden organizm.
Odpowiedzialność za całą produkcję
Naturalną drogą przechodziłem kolejne szczeble zawodowe. W rafinerii awansowało się przede wszystkim dzięki doświadczeniu. Nie przychodzili ludzie z zewnątrz – stanowiska obejmowali ci, którzy znali zakład od podstaw. W 1991 roku zostałem szefem produkcji. Odpowiadałem za wszystkie wydziały rafinerii. Każdy dzień rozpoczynał się od porannej odprawy, podczas której kierownicy przedstawiali raporty z ostatniej doby. Omawialiśmy wielkość produkcji, stan urządzeń, kwestie bezpieczeństwa, ochronę środowiska i wszystkie wydarzenia, które mogły mieć wpływ na pracę zakładu.
Po siedmiu latach objąłem stanowisko dyrektora produkcji, a później dyrektora operacyjnego. Odpowiadałem już nie tylko za samą produkcję, ale również za służby techniczne, energetykę, ochronę środowiska i utrzymanie ruchu. Mimo coraz większej odpowiedzialności nigdy nie zrezygnowałem z codziennych obchodów instalacji. Nie wyobrażałem sobie kierowania produkcją zza biurka. Każdego dnia przechodziłem przez wydziały, obserwowałem pracę ludzi, rozmawiałem z kierownikami i zapisywałem wszystko, co wymagało poprawy. Dopiero wtedy miałem poczucie, że naprawdę wiem, co dzieje się w zakładzie.
Rafineria, która żyła ludźmi
Choć zakład kojarzy się przede wszystkim z instalacjami, zbiornikami i technologią, jego największą siłą byli ludzie. Wspominam atmosferę współpracy, wzajemnego zaufania i odpowiedzialności. Oczywiście zdarzały się różnice zdań czy ostre dyskusje, ale wszyscy wiedzieliśmy, że pracujemy dla wspólnego celu. Kiedy pojawiał się problem nikt nie zastanawiał się, czy jest już po godzinach. Trzeba było zostać, znaleźć rozwiązanie i doprowadzić sprawę do końca.
Z ogromnym szacunkiem wspominam dyrektora Alojzego Wasyla. Był człowiekiem, który ufał swoim pracownikom i potrafił ich wspierać. Nigdy nie zapomnę sytuacji, kiedy starałem się o zgodę na wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Otrzymałem odmowę z centrali w Krakowie. Dyrektor Wasyl wziął pismo, pojechał osobiście do Krakowa i wrócił z podpisaną zgodą.
Bardzo dobrze wspominam współpracę z Markiem Lesiszem. Nasze zawodowe drogi przez lata biegły niemal równolegle. Był człowiekiem spokojnym, rzeczowym i niezwykle kompetentnym. Zawsze można było z nim rozmawiać merytorycznie, bez niepotrzebnych emocji.
Pamiętam także wielu kierowników wydziałów i specjalistów: Stefana Blechę, Jana Gomułkę, Aleksandra Martyniszyna, Wiesława Szczypkę, Jana Rachwała, Piotra Dudka, Bronka Kaplitę, Wojciecha Szczypkę, Leszka Pawlika i dziesiątki innych osób, które przez lata współtworzyły rafinerię. Każdy miał własny charakter i własny sposób pracy, ale wszyscy byli częścią jednej załogi.
Zakład żył również poza produkcją. Organizowano zabawy, Dni Chemika, spotkania dla rodzin i dzieci pracowników. Wiele osób dojeżdżało z okolicznych miejscowości. Każda zmiana oznaczała prawdziwą rzekę ludzi płynącą od dworca do bramy rafinerii. Jedni szli pieszo, inni jechali rowerami. Był to widok, który dziś trudno sobie wyobrazić.
Kiedy ucichły instalacje
Najtrudniejszym momentem mojego zawodowego życia nie był pożar ani żadna awaria. Najboleśniejszą chwilą była decyzja o zakończeniu przerobu ropy w Czechowicach-Dziedzicach. Doskonale rozumiałem przyczyny ekonomiczne. Rafineria była zbyt mała, by konkurować z nowoczesnymi zakładami. Każda tona ropy musiała być dowożona koleją, podczas gdy inne rafinerie korzystały z rurociągów lub portów morskich. Brakowało również nowoczesnych instalacji umożliwiających głębszy przerób ropy i spełnienie nowych norm jakościowych paliw. Wiedziałem, że z ekonomicznego punktu widzenia ta decyzja była nieunikniona.
Mimo to bardzo trudno było się z nią pogodzić. Całe moje życie zawodowe było związane z produkcją. Przeszedłem wszystkie szczeble – od zastępcy kierownika wydziału, przez kierownika, szefa produkcji i dyrektora. Nagle instalacje, które przez dziesięciolecia pracowały bez przerwy, zamilkły. Pamiętam tę ciszę. Przez lata nieustannie towarzyszył mi szum pomp, pracujących urządzeń i instalacji. Gdy wszystko ucichło, miałem wrażenie, jakby zatrzymała się część mojego życia.
Kilka lat później powierzono mi nadzór nad likwidacją części instalacji. Patrzyłem, jak przewracana jest wysoka wieża destylacyjna, symbol rafinerii, z którą związałem całe swoje zawodowe życie. Trudno było o bardziej bolesny obraz. To był definitywny koniec pewnej epoki.
Kiedy ucichły instalacje
Kiedy dziś wracam myślami do tych ponad trzech dekad pracy, nie wspominam urządzeń ani technologii. Najbardziej pamiętam ludzi, z którymi przyszło mi pracować każdego dnia. To oni tworzyli atmosferę tego miejsca, wspólnie rozwiązywali problemy i sprawiali, że rafineria była czymś znacznie więcej niż zakładem produkcyjnym.
Dla mnie pozostanie miejscem, którego rytm wyznaczały pracujące instalacje i ludzie, którzy każdego dnia dbali o to, by ten skomplikowany organizm nie przestawał funkcjonować.